Droga do Damaszku

„Na zewnątrz są psy i czarownicy, i wszetecznicy, i zabójcy, i bałwochwalcy, i wszyscy, którzy miłują kłamstwo i czynią je.”

Apokalipsa wg Św. Jana

Nie dajmy się zwieść pozorom i fałszywym podszeptom. Jesteśmy świadkami klasycznego détente pomiędzy Ameryką i Rosją. Będzie miało ono implikacje o olbrzymim znaczeniu dla Polski i dla naszego regionu. Wydarzenia ostatnich miesięcy wskazują na początek geostrategicznej współpracy pomiędzy Waszyngtonem a Moskwą, a to oznaczać może – poza mało znaczącymi zawiedzionymi nadwiślańskimi wyborczymi nadziejami naiwniaków wyczekujących zmiany wjeżdżającej na białym koniu jesienią tego roku (wybory 2015) – że czeka nas jednak Nowa Jałta.

Wielokrotnie pisałem, że geopolityka tłumaczy jeśli nie wszystko, to przynajmniej – wiele. Rosja orientowała się i orientować się zawsze będzie mimo licznych obiekcji na talasskoratyczne mocarstwo – Amerykę, która dla Kremla jest jedynym mocarstwem, „dla którego warto być.” Ten perwersyjny związek oparty – ze strony rosyjskiej – na pogardzie i podziwie, dumie i zazdrości, nienawiści i zauroczeniu, poczuciu niższości i pysze jest logiczną konsekwencją rachunku zysku i strat, sumy korzyści, jakie może uzyskać rosyjskie mocarstwo kontynentalne od mocarstwa morskiego, panującego nad morzami i szlakami handlowymi, a przez to i dominujące nad światowym handlem.1 Jak łaskaw był powiedzieć podczas swojej wizyty w Waszyngtonie na trawniku przez Białym Domem szef drugiego mocarstwa kontynentalnego – prezydent Xi (ach, jakaż szkoda, że nie wyartykułował tego prezydent Kabaret Dudek!): „Przyjaźń to wielki biznes,” a Moskwa świetnie zdaje sobie sprawę z tego, ile może ugrać i jak wielka może ją czekać chwała2.

Rosyjskie elity władzy są bliskie upragnionego celu, tj. równorzędnego uznania interesów moskiewskich przez Waszyngton oraz współtworzenia na zasadzie partnerskiej nowej światowej architektury bezpieczeństwa. Z drugiej strony Rosja jak najdłużej będzie balansowała tak, aby nie tracić zbyt wcześnie Pekinu, ale nie zmienia to faktu, ze w momencie D-Day, w chwili nieodległego wypowiedzenia wojny Królestwu Środka przez USA, Federacja Rosyjska stanie po stronie Waszyngtonu. Wcześniej bowiem zbyt dużo zyska od niego, by nie „zachować się przyzwoicie” w chwili próby, licząc pośrednio na to – podobnie jak robił to w sposób klasyczny Stalin w 1940 roku – że obaj protagoniści wykrwawią się na tyle, iż znaczenie Rosji jeszcze bardziej wzrośnie i ugrać będzie można od jednego i drugiego więcej. Ale w istocie Moskwa zdecydować się może – w chwili decydującej – na poważne osłabienie Chin, dzięki czemu będzie można bez oglądania się na Smoka zająć się z Ameryką pełnym nowym podziałem świata, nie tracąc z oczu w długofalowej perspektywie szans na rosyjskie jedynowładztwo światowe.

Jałta, czyli dobre praktyki

Obecna gra przedwstępna opiera się, jak to ujął prezydent Putin w swojej wrześniowej mowie wygłoszonej na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ na dobrych wzorcach z przeszłości, kiedy to w Jałcie Ameryka i Sowiety podzieliły między siebie świat, zapewniając sobie redystrybucję dóbr. Moskwa od co najmniej 2001 roku marzy o swoim powrocie do Wielkiej Gry z Waszyngtonem na partnerskich zasadach3 i decydenci znad Potomaku, nie wiemy jeszcze jak bardzo tylko taktycznie, zgodzili się na otwarcie Moskwie drogi do glorii.

Podstawowym pytaniem, które nurtowało mnie w lutym br. było: co i ile otrzyma Moskwa po tegorocznych dagaworach lozańskich, a potem wiedeńskich, kiedy stało się jasne, że Rosja przychyla się ku wywróceniu porządku na Wielkim Bliskim Wschodzie, co w jej przypadku oznacza zawsze: coś za coś. Najprościej jest ująć to w schemat, że Federacja Rosyjska zapełnia, dzięki uzyskanej ze strony USA koncesji, próżnię strategiczną po Ameryce na Bliskim Wschodzie. Na Kremlu nie rezyduje, w przeciwieństwie do Warszawy, banda idiotów, więc zdają sobie tam sprawę, że może to być geostrategiczna pułapka zastawiona na Moskwę, która skończyć się może piekłem gorszym od Afganistanu, zatem będą tam niezmiernie ostrożni w podejmowaniu decyzji. Jednak nie zmienia to faktu, iż Federacja Rosyjska poprzez Damaszek wraca do Wielkiej Gry o własną planetarną podmiotowość. Pokazuje innym, że stać ją na projekcję siły daleko poza swoimi granicami i zrobi wszystko, aby przejąć konstruktywnie pałeczkę po Waszyngtonie, udowadniając, że może być czynnikiem stabilizującym region i gwarantem ustaleń, na którego mogą lub muszą orientować się wszyscy tamtejsi gracze.

Przemówienie Putina, jeśli skupić się na kluczowych tezach, to kolejna odsłona dobijania się Rosji do dealu z Waszyngtonem, to przedmowa do wejścia niedźwiedzia na scenę Wielkiego Bliskiego Wschodu, to zapowiedź tego, że tylko ustalenia mińskie z 12 lutego 2015 r. (Mińsk II), zgodne z interesem Rosji, są i będą wiążące dla rządzącej w Kijowie bandy złodziei i amerykańskiej agentury, czego dowodem były późniejsze rozmowy paryskie z 2 października br.

Putin wie, że jest potrzebny, Putin wie, że Europa chce powrotu Rosji do gry europejskiej dla własnego bezpieczeństwa i interesów, Putin wie, że jego polityka osiąga sukces i że Rosja staje się coraz bardziej potrzebna Waszyngtonowi. Przy okazji jego speech to wielki polityczny pogrom dotychczasowej cynicznie prowadzonej polityki amerykańskiej, to recenzja oparta na realizmie. I tę ocenę oraz wizję akceptuje, podobnie jak powrót Rosji do wielkiej światowej gry, cały tzw. Global South. Rosja – czego na Kremlu są świadomi – ma za sobą bardzo wiele państw.

Nie. Ta recenzja cynicznej gry amerykańskiej w ustach czekisty w ogóle nie wywołała u mnie uśmiechu politowania. Rosja prowadzi w sposób trzeźwy. logiczny i bezwzględny grę o swoje interesy, nie stosując obłudnie aksjologicznego picu, demokrackiej nowomowy, nie nazywając obroną praw człowieka bandyckich – tj. w istocie normalnych w grze międzynarodowej – sposobów obrony swoich interesów, w przeciwieństwie do Waszyngtonu, którego prezydent obłaskawiony Pokojową Nagrodą Nobla odpowiada za pożogę na Bliskim Wschodzie oraz śmierć kilkunastu tysięcy osób w Krainie U i dla którego używanie „wartości” jest jednym z podstawowych przemocowych sposobów osiągania propagandowej i fizycznej dominacji nad adwersarzami.

Putina można podziwiać za wiele rzeczy, ale szczególnie zręczny charakter ma jego specyficzna „brutalna” predylekcja – zawsze uruchamiana, kiedy należy bronić rosyjskich interesów – do wykładania prawd nieszczególnie obecnych w dyskursie tzw. Zachodu, cokolwiek określenie „Zachód” znaczy. Przekraczanie przez niego tabu otarło się w oenzetowskim przemówieniu o tabu szczególne, a mianowicie wtedy, kiedy, broniąc interesów ekonomicznych Rosji oraz pośrednio opisując mechanizm sankcji nałożonych na Rosję w grudniu zeszłego roku i grę wokół rosyjskiej waluty – spróbował obnażyć prawdziwą twarz światowej banksterki, ekskluzji, bezwzględność władzy nieformalnych grup, zakrytych przed opinią publiczną : „Chciałbym odnotować jeszcze jeden znak rosnącego finansowego samolubnego egoizmu. Grupa krajów zdecydowała się na stworzenie wyjątkowych stowarzyszeń ekonomicznych, których kierownictwo prowadzi negocjacje za zamkniętymi drzwiami, w sposób zakryty przed opinią publiczną tych państw oraz przed społecznościami biznesowymi, jak również przed resztą świata. Pozostałe kraje, których interesy poprzez te działania mają być naruszone, również nie są informowane o czymkolwiek. Wydaje się, że ktoś chciałby wymóc na nas stosowanie jakichś nowych reguł gry, bezsprzecznie skonfigurowanych tak, abyśmy akomodowali względem interesów uprzywilejowanej grupy, z WTO nie mającą nic do powiedzenia w tym procesie. Te działania noszą potencjał zupełnego dysbalansu światowego handlu i podziału światowej przestrzeni ekonomicznej.” I nawet tu pomimo demaskatorskich chwytów, podobnie jak w każdym niemal zdaniu swojej przemowy, mówi do Waszyngtonu, że Moskwa chce przystąpić do dealu z Waszyngtonem i z nim współtworzyć nowy porządek finansowy świata, a cały BRICS jego instytucje finansowe są zaledwie narzędziem negocjacyjnym, dodatkową furtką awaryjną na wypadek, gdyby Stany Zjednoczone nie wpuściły Moskwy do ogródka4.

Finimondo – predicazione dell’anticristo. Syria – wojna u końca świata

Józef Beck, człowiek, który po prawdzie nie rozumiał, że w 1938 i 1939 roku Polsce, jako słabszej stronie, pozostaje tylko w mniejszym lub większym stopniu uprawianie niepodmiotowej polityki, przez co postawienie jesienią 1938 roku przez Warszawę na dalsze trwanie w logice polityki równowagi było ogromnym błędem – łudził się on bowiem, że czynnikiem dającym szansę na przetrwanie, będą własne siły zbrojne, w czym utwierdzał go polski Sztab Generalny – zamiast za pomocą bandwagoningu podwiesić się pod Berlin, starając się zachować dla siebie swobodę ruchu, pozwalającą na natychmiastowe dokonanie wolty politycznej zmieniającej elastycznie sojusze, jak robiły to Sowiety, czy Finlandia – pomimo tego, że rację mieli Niemcy, twierdząc, że przeliczyli się z jego inteligencją, zdecydowanie przeceniwszy dalekowzroczną politykę pułkownika Becka (Die Grosszüglische Politik des Obersten Beck) – był jednak bystrym obserwatorem. W kwietniu 1937 roku podczas rozmowy ze szwedzkim szefem MSZ Rikardo Sandlerem Beck sformułował tezę jak najbardziej odnoszącą się np. do obecnej geopolitycznej układanki w Europie, na Bliskim Wschodzie oraz na Zachodnim Pacyfiku: „Ogniska zapalne, a nawet konflikty zbrojne wynikają najczęściej, jak uczy doświadczenie, nie bezpośrednio na granicy wielkich mocarstw o sprzecznych interesach, ale właśnie w rejonach ich “stref wpływów,” między objętymi przez nie mniejszymi państwami.” Stany Zjednoczone co prawda łamią tę „regułę,” kreując konflikt w bliskim otoczeniu protagonisty (Ukraina) lub, dążąc do wyjaśnienia problemu prymatu nad światem, decydują się na wkraczanie w chińską przestrzeń wpływów na Morzu Południowochińskim, jednak używają do tych operacji „kontrolowanego zderzenia” swoich proxies – państw dysfunkcyjnych, „sojuszników zastępczych” o zdesuwerenizowanych elitach, np. jak Kraina U, Polska lub Rumunia, ale już np. potężny dysbalans na Wielkim Bliskim Wschodzie jest najlepszym przykładem ta trafność opinii wygłoszonej przez Becka.

Zacznijmy od tego, ze dla pohańców trwające tam rozdanie nie jest po prostu kolejną odsłoną dżihadu. Wg hadisów to właśnie w Syrii rozpocznie się ostateczne zmaganie, finalny konflikt, który zapowiada przyjście mesjasza oraz koniec dziejów. Dla poganów nie jest to zatem zwyczajny kolejny etap budowania światowej ummy, ale mistyczna walka ze złem, w której udział to coś więcej niż tylko współtworzenie internacjonalistycznej ideologii światowego dżihadu, to zapowiedź wielkiej wojny światowej, która jest preludium do czasów ostatecznych i sądu ostatecznego. Dla nich droga do Damaszku pełna jest symboli i znaczeń. Poza ogromnym pragmatyzmem i zręcznością elit Państwa Islamskiego czy Dżabhat an-Nusra, nie tracą one w najmniejszym stopniu tej millenarystycznej optyki w swoich działaniach. Wręcz przeciwnie, jest ona motorem napędowym kalifatu. Powtórzę po raz kolejny: tym gościom przynajmniej o coś chodzi. Przeprowadzają rewolucję religijną o ambicjach globalnych. Czy my w Warszawie wiemy, o co nam chodzi? Czy będąc na drodze do Damaszku, przyjęlibyśmy, upadłszy z konia, to, co dociera do naszych uszu i oczu? Czy może pozostalibyśmy po tym doświadczeniu ślepi na zawsze, nie pojąwszy w ogóle sercem i duszą tego, o co biega? Geopolityczni ślepcy, których prowadzą nie do wrót miasta, w którym czeka nas ujrzenie rzeczywistości w prawdziwym świetle, ale do bydlęcych wagonów lub do gazu…

Nie wiemy jeszcze, co wyniknie w pełni z fizycznego wejścia rosyjsko-chińskiego, jako gwarantów i stabilizatorów regionu w Wielki Bliski Wschód, ale można zauważyć, że:

  1. Bagno bliskowschodnie służy na razie przede wszystkim dwóm aliantom USA: Izraelowi i Iranowi.
  2. Państwo Islamskie – twór parapaństwowy albo państwo nowego typu, podobnie jak Autonomia Kurdyjska w Iraku – to wielka w istocie zwyrodniała odpowiedź, „odwinięcie się” narodu irackiego, swoista iracka rekonkwista bliskowschodnia (PI unifikuje terytoria od lat skonfliktowanych krajów), zdegenerowana, pełna nienawiści odpowiedź w postaci teokratycznej monarchii na to, co pozostało z tego państwa i narodu po jego zniszczeniu przez Amerykę5. Jest również odpowiedzią na próby objęcia Iraku protektoratem perskim lub tureckim.
  3. Zarządzalny chaos bliskowschodni, na nieszczęście żyjących tam ludzi, jest doskonałym narzędziem dla wygrywania swoich interesów przez Rosję, USA, Chiny, Francję, Iran, Turcję, Saudów, Egipt, Izrael, Katar. Nikt nie ma i nie będzie miał większego powodu dla szybkiej likwidacji tego świetnego źródła zysków politycznych.
  4. Nie tylko przede wszystkim Waszyngton, ale i choćby Moskwa traktują PI, jako młot na próbujące odbudować swoją strefę wpływów Imperium Osmańskie oraz Wielką Persję.
  5. Waszyngtonowi docelowo w perspektywie średnioterminowej chodzi o wywołanie wielkiej wojny sunnicko-szyickiej, doprowadzenie do równoważącej się pełnej rywalizacji turecko-perskiej, do clashu dwóch rosnących regionalnych subimperiów dążących do jak największej suwerenności wewnętrznej, pragnących rozgrywać Bliski Wschód samodzielnie bez udziału graczy spoza regionu. W perspektywie długoterminowej w interesie Waszyngtonu jest trwanie tam ogromnego napięcia, z niejasnymi konsekwencjami, podczas gdy Ameryka może skupić się na Zachodnim Pacyfiku.
  6. „Brudna bomba” demograficzna, jako pokłosie implozji regionu Bliskiego Wschodu, czyli wielka Wędrówka Ludów, jako akcja kontaminująca przede wszystkim Niemcy pokazuje, co czeka państwa, które czują się za pewnie i myślą, że mogą prowadzić polityką bardziej niezależną wobec interesów Moskwy i Waszyngtonu6. Dzięki „mniejszościom” muzułmańskim w Europie kalifat bliskowschodni ma duże możliwości destabilizowania porządku europejskiego.
  7. Cały region jest zależny od podmiotu zewnętrznego w roli stabilizatora, wcześniej były to Stany Zjednoczone, dziś przejmuje tę rolę Moskwa przy mniejszym, pomocniczym udziale Pekinu. Przed oficjalnym wstąpieniem Moskwy na tamtejszy teatr działań, Kreml pod koniec września br. odwiedzili kolejno: Sisi (koniec sierpnia), Netanjahu, Abbas, Erdoğan. Wg mnie Rosja nie popełni tam żadnego błędu i wykorzysta swoje zaangażowanie w pełny sposób. Bliski Wschód dla Moskwy jest zaledwie etapem prowadzącym do uznania przez Waszyngton partnerskiej, posiadającej globalne interesy Federacji Rosyjskiej.
  8. To potworne laboratorium z licznymi aktami ludobójstwa, które nikomu spośród wielkich nie przeszkadzają, jest „biznesowo” połączone z ukraińską akcją w naszym regionie w tym względzie, że jest jedną z kart negocjacyjnych wyłożonych na stół. Te dwa konflikty zastępcze są tłem dla narastającego napięcia chińsko-amerykańskiego nad Zachodnim Pacyfikiem, które najprawdopodobniej zakończy się siłowym rozwiązaniem.
  9. Mieszkańcy Donbasu, Ługańska, Aleppo, Kobane, Mosulu ich los i życie, i nasze życie – miejmy tego świadomość, nie mają żadnego znaczenia w perspektywie planów strategicznych mocarstw, zgodnie ze słowami piosenki:
    moja krew
    mrożona wysyłana i składana w bankach krwi bankierzy przelewają ją
    na tajne konta tajna broń
    moją krwią
    tajna broń konstruowana aby jeszcze lepiej jeszcze piękniej bezboleśnie ucieleśnić krew
    moją krew
    wypijaną przez kapłanów na trybunach na mównicach na dyskretnych rokowaniach
    moja krew
    moja krew
    to moją krwią
    zadrukowane krzyczą co dzień rano stosy gazet nagłówkami barwionymi krwią
    moją krew
    wykrztusił z gardła spiker na ekranie liczę ślady
    mojej krwi
    moją krwią
    leciutko podchmielone damy delikatnie przechylają szkło na rautach w ambasadach, tak, to
    moja krew
    to moją krwią
    podpisywano wojnę miłość rozejm pokój wyrok układ czek na śmierć
    moja krew…

Franciszek, tj. kilka słów o jego wizycie w domu diabła oraz kilka uwag o wizycie Xi w Babilonie

„I podniósł jeden potężny anioł kamień, duży jak kamień młyński, i wrzucił go do morza, mówiąc: Tak jednym rzutem zostanie strącone wielkie miasto Babilon, i już go nie będzie.”
Apokalipsa wg św. Jana

Wielu wolnych Polaków sądzi, że znajdą odpowiedź na większość trapiących ich kwestii polityczno-socjologiczno-cywilizacyjnych dzięki prostemu odnalezieniu właściwych recept na odwrócenie upadku Polski, chodząc na spotkania, szukając prawd po necie, sądząc, że znajdzie się ktoś, kto powie im, jak samodzielnie robić tynkturę, „działającą esencję” zmieniającą podłą jakość ontologiczną narodu i ich kraju, że odkryją gdzieś jakiś zaczyn tego, co – jak za pomocą czarodziejskiej różdżki – dokona bezwysiłkowej transmutacji ich politycznego istnienia naznaczonego grozą i smutkiem w egzystencję pełną roztropności, sprawiedliwości, wstrzemięźliwości i męstwa. W rzeczywistości parają się jakaś naiwną magią polityczną, jakąś tęsknotą do posiadania pierścienia władzy, łudząc się, że to wystarczy. Są podobni do heretyckiego szwedzko-niemieckiego generała Pawła Würtza, gubernatora Krakowa z poręki Karola X Gustawa, który podczas oblężenia tego miasta przez Polaków w 1657 roku w akcie rozpaczy spoglądał posępnie wieczorami w mroczne zwierciadło, szukając tam podpowiedzi na temat przyszłości. Biegną oni do przodu pozornie tylko, w istocie cofając się i zapominając o korzeniach. Są tacy, którzy o Źródle pamiętają i są mu wierni, nie potrafią jednak przekroczyć granic swojej hermetycznej oazy i skazują się na trwanie w niebycie, w zawieszeniu, szlachetnym wykluczeniu i z braku rozeznania pierwsi skazani są na zagładę, ponieważ biorą grożących ich istnieniu wrogów za przyjaciół, podobnie jak przedwojenne elity polskie, o których Zygmunt Jerzy Gąsiorowski pisał: „Przywódcy polscy czuli się dumni, że są realistami, a poili się iluzjami.”

Pius XII w encyklice w trzechsetną rocznicę chwalebnego męczeństwa św. Andrzeja Boboli: „Invicti Athletae Christi” kierował 16 maja 1957 roku do Polaków te słowa: „Postępujcie nadal mężnie, ale z tą odwagą chrześcijańską, która idzie w parze z roztropnością i z tą mądrością, która umie bystro patrzeć i przewidywać. Wiarę katolicką i jedność zachowujcie. Wiara niech będzie „przepasaniem biódr waszych”; niech ona głoszona będzie po całym świecie, niech wam będzie tym „zmartwychwstaniem, które zwycięża świat.”. A uczynicie to wszystko, patrząc na Jezusa (…)Tak postępując i to osiągniecie, żeby wszyscy święci, osobliwie ci, co z waszego rodu wyszli, z tego i wiekuistego szczęścia jakim się obecnie cieszą, wraz z Królową Polski, Bożą Rodzicielką Maryją, na was i na ukochaną Ojczyznę waszą łaskawie spoglądali, by opiekować się nią i jej bronić.”

Zachowując tę perspektywę, łatwiej nam oceniać czyny i słowa innych. Jest ona co prawda doskonałą pozycją wyjściową dla naszych czynów i słów, ale tylko pozycją wyjściową. Początkiem, nie końcem.

I tak wizyta Franciszka w Stanach Zjednoczonych po raz kolejny potwierdziła, że człowiek ten stanowi zagrożenie dla jedności kościoła katolickiego. Wg mnie jego rola w odnowie naszej wspólnoty jest pomimo wszystko jednak szczególna. On – bezwiednie i niezgodnie z intencjami – swoimi słowami i czynami doprowadzi do podziału w łonie Kościoła, ponieważ jego kłanianie się możnym tego świata, nieortodoksyjność oraz pogubienie bazujące nie tyle może na silnych brakach intelektualnych, ale na naiwności i wartościach wyznawanych przez południowoamerykańskie środowisko umysłowe zdegenerowane przez naiwne oglądy nt. lewackich idei, z którego się wywodzi Bergoglio, rozpocznie proces realnej odnowy naszej wspólnoty, która być może ponownie zejdzie do katakumb i pośród nowych prawdziwych świętych, którzy dawać będą swoim życiem i posłaniem wiarę, nadzieję i miłość, pozwolą nam przetrwać do czasu, kiedy może otrzymamy pomoc od tych, którzy wyprowadzą nas z tych podziemi np. od naszych braci z Afryki. Tam bowiem rośnie Kościół dynamicznie i stamtąd może przyjdą Ci, którzy poprostują nam drogi nasze. Tak. Franciszek bezwiednie i niezgodnie z intencjami tych, którzy uplasowali go na Tronie Piotrowym paradoksalnie dokona nowego otwarcia, ale nie popadajmy w tanie prorokowanie, ponieważ
(…) Nasze bowiem słowa są ułomne
I nie dosyć są wielkie, i za mało skromne,
Nie dość żeśmy cierpieli, za mało walczyli,
Byśmy mogli cośkolwiek powiedzieć w tej chwili.

Bezsprzecznie Franciszek – w zamierzeniu zepsutego establishmentu watykańskiego – to „konstruktywna” wersja „Nowego Otwarcia”. Ten establishment rojący sobie, że przechytrzy zepsuty świat i powstrzyma jego pogrążanie w nihilizmie dzięki miękkiemu współgraniu z Molochem poprzez postawienie na czele Kościoła religijnej wersji Obamy, mającej ocieplać wizerunek kościoła i samej wiary, nie pojmuje, że sam pełen jest pychy i zepsucia i zapomina w swoim planowaniu o słowach św. Piotra – „Skoro to wszystko ulegnie zagładzie, to jakimi winniście być wy w świętym postępowaniu i pobożności, gdy oczekujecie i staracie się przyśpieszyć przyjście dnia Bożego, który sprawi, że niebo zapalone pójdzie na zagładę, a gwiazdy w ogniu się rozsypią. Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość” (2 P 3,11-13).

Purpuratom watykańskim wydaje się, że wchodząc w układy z tytanami, uda się im uniknąć pazurów ryczącego lwa. Naiwniacy. Stając się „konstruktywną opozycją,” nie mogą liczyć na nic więcej, niźli na zwasalizowanie i finalnie – zniesienie ze szczętem.

Bergoglio w sposób skandalicznie płaski i mało wysublimowany wkracza w polityczność7, działając na szkodę Kościoła, osłabiając jego pozycje, doprowadzając do zamętu wśród wiernych. Jego wizyta u wielkiego szatana stanie się chyba symbolem tego nieszczęsnego pontyfikatu, symbolem słabości i pogubienia, symbolem oportunizmu i dekonstrukcji. Jakże żałośnie smutno wyglądało powitanie Franciszka na lotnisku przez rodzinę Obamów. Te zabawne stworki witały się z nim, jakby witały się z jakimś Bono. Choć po prawdzie nie są odlegli w sposobie postrzegania Bergoglio. On jest takim Bono w wersji religijnej. Dla tych zachodnich biedaków pogrążonych w ciągłym melanżu, w bełkocie znaczeniowym, tkwiących w studni otchłani, dla których „ten pan w białym stroju” jest tylko kolejny celebrytą, jakimś takim laickim świętym, czymś na kształt Mahatmy Ghandiego lub Martina Luthera Kinga tudzież Michale’a Jacksona. Bergoglio niestety akceptuje i „wchodzi” w tę figurę znaczeniową sprokurowaną dla niego i przez watykańskich macherów z zaplecza, i przez samych masonów w sposób miękki. On jest odpowiedzią watykańskich elit na zapotrzebowanie barachła zachodniego, jałowych westerneńczyków, jest ukłonem w ich stronę, ale ten ukłon zmienia się w czołobitną trwałą postawę. Bergoglio to młot na nas. Rok po rozpoczęciu pontyfikatu przez Franciszka nasi przyjaciele, na których zawsze można liczyć, czyli amerykańska wersja „Gazety Wyborczej tj. „New York Times” opublikował wyniki badań Pew Research Center – zatytułowanych, a jakże, „Jak Franciszek zmienia postawy amerykańskich katolików”. I tak wg badań: 6 na 10 amerykańskich katolików oczekuje zmiany stanowiska Kościoła wobec kontroli urodzeń do 2050. Połowa spośród nich uważa, że księża powinni mieć możliwość ożenku. Czterech na dziesięciu – że kobiety mogłyby być księżmi. 2/3 badanych sądzi, że do 2050 Kościół mógłby uznawać małżeństwa tej samej płci. 70 milionów katolików USA poddawanych o wiele bardziej złożonej, wysublimowanej i perfidnej opresji propagandowej, niż tej stosowanej w Sowietach, w tej ankiecie podsumowało stan swojej świadomości i poziom ortodoksyjności. Nie dziwi zatem to, że Upadek przyjmuje Franciszka jak swego. Tego człowieka Moloch używa do okładania katolików i utrwalania destrukcyjnych zmian w ich wierze. Jakież to perwersyjnie i żałośnie proste…

Bergoglio w dziwny sposób akomoduje politykę Watykanu do polityki amerykańskiej. Najpierw dał się wykorzystać jako podkładka i wsparcie moralne w akcji zbliżenia jankesko-kubańskiego, angażując do tego dyplomację watykańską i nie zdając chyba sobie do końca sprawy, że został użyty instrumentalnie przez Waszyngton, dla którego wciągniecie Kuby w swoją strefę wpływów zabezpiecza interesy imperium w bliskiej zagranicy i w zachodniej hemisferze poprzez immunizowanie Hawany na ewentualne objęcie jej protektoratem chińskim lub rosyjskim, co mogłoby skutkować tym, że mocarstwa te w perspektywie zbliżającego się zwarcia mogłyby ponownie, jak w latach 60., wykorzystywać tę wyspę, jako czynnik destabilizujący bliskie otoczenie Ameryki, podobnie jak zrobiły to Stany Zjednoczone wobec Moskwy w Krainie U. Tak. Przed nadchodzącą wojną trzeba koniecznie wyjaśnić wszelkie wątpliwości na swoim podwórku i Watykan wybitnie w tym zbliżeniu Ameryce pomógł.

Ale przede wszystkim Franciszek na ideologicznym froncie – co jest niezmiernie smutne – staje ramię w ramię z postliberalną wersją współczesnego Związku Sowieckiego, żyrując stosowanie przez niego na globalnej scenie aksjologicznej i politycznej narzędzi opresji m.in. takich jak Climate Change, który w powszechnie akceptowanym bełkocie nazywany jest i przez Obamę, i przez Xi, i nawet przez Putina critical issue to the world. I głowa Kościoła w ten postnowoczesny bełkot wchodzi i daje do tego swoją twarz, co natychmiast zostało wykorzystane przez Waszyngton w warstwie politycznej, bo Obama, czy Kerry, cytując jego stanowisko i słowa, skwapliwie używają argumentu w postaci stanowiska Franciszka zdefiniowanego w kongresie nt. zmian klimatycznych na spotkaniach dyplomatycznych z innymi państwami8.

Wystąpienie Bergoglio w Kongresie było wielkim nieszczęściem nie dlatego, że w warstwie formalnej podobne było do jakichś wystąpień w atmosferze skeczów z Monthy Pythona, ale dlatego, że Bergoglio w ogóle zgodził się na przemówienie w centrali masońskiego państwa, w domu diabła, w laickiej świątyni, w samym centrum Babilonu. On przyszedł oddać pokłon nierządnicy. On głośno podczas tego nieszczęśliwego speechu w masońskiej świątyni wyartykułował prośbę, niczym Sikorski w Belinie, skierowaną do tytanów, czyli establishmentu amerykańskiego, aby ten wziął sprawy w swoje ręce i expressis verbis prosił ich o działanie na rzecz lepszego świata. Uznał tym samym wyższość i nadrzędność imperium nad tym, co zostało mu powierzone pod pasterską opiekę. Od razu zostało to podchwycone przez tych, którzy oczekiwali takiego komunikatu i którzy na łamach „New York Timesa” za pośrednictwem pióra jednego z redaktorów łaskawie przyjęli ten hołd złożony im publicznie i w ich pałacu: „Pope Francis, the spiritual leader of 1,2 billion Catholics, challenged Congress and by extension THE MIGHTEST NATION IN THE WORLD (podkreślenie moje) on Thursday to break out of its cycle of paralysis and use its power to heal the „open wounds” of planet torn by hatred, greed, poverty and pollution.”

Ten pontyfikat niestety jest pełen picu. Głowa Kościoła myśli, że tanimi sztuczkami – jak jeżdżenie małym fiatem lub pisanie farmazonów na fejsie – kupi sympatie tłumów i za pomocą tanich i płytkich gestów, które naprawdę mają niewiele wspólnego z czystością i naturalnością franciszkańską, uda mu się odnowić duchowo Kościół. Nie. To, co robi i czyni udowadnia nam, jak bardzo źle jest w Watykanie i w tym kontekście zrozumiałe jest odejście Benedykta XVI, który, zdaje się, nie miał sił walczyć z kunktatorskim otoczeniem (zmuszono go?). Nigdy bym wcześniej nie pomyślał, ile prawdy jest w hasłach formułowanych w kierunku Państwa Watykańskiego przez heretyków amerykańskich zarzucających Watykanowi głębokie zagenturalizowanie masońskie i kłanianie się wielkim tego świata…

***

Chińczycy nie osiągnęli nic podczas wizyty prezydenta Xi w Stanach Zjednoczonych. Przyjechali z ofertą dogadania się taktycznego z Waszyngtonem, aby zyskać więcej na czasie. Rozumieją oni bowiem, że Ameryka coraz bardziej skłania się ku uderzeniu na Królestwo Środka i czas ten jest bliski, przez co zawęża się pole manewru Chin. Powoli sytuacja zmierza ku temu, że Chińczycy zostaną postawieni przez Amerykanów pod ścianą jak Japończycy na przełomie lat 30. i 40., stąd Xi, uciekając do przodu, przyleciał z ofertą „nowego modelu relacji głównych krajów” (major countries relations), które miałyby być oparte na pokoju, szacunku i współpracy, i stałym wzroście gospodarczym, a w istocie chodziłoby o równorzędne podzielenie się strefami wpływów, o klasyczny duopol. Ale w Waszyngtonie nikt nie chciał słuchać starej, cwanej i zwodniczej chińskiej śpiewki o tym, że na kooperacji z nimi można zarobić i osiągać obopólne korzyści. Chinom zajęło zaledwie pół wieku wejście do pierwszej ligi i zagrożenie wiodącej pozycji Ameryki i w Waszyngtonie mają już dość tej prosperity. Nikt tam nie chciał potakiwać, kiedy Xi: stwierdzał, że „nie ma innego wyboru dla dwóch stron jak współpraca typu win-win.” Żadnego win-win nie będzie. Nic z tych rzeczy. Pentagon i Chiny szykują się do wojny. Obie strony wiedzą, że to je czeka, zatem najistotniejszą de facto kwestią podniesioną przez Xi podczas jego wystąpień publicznych w USA był key message do Amerykanów, aby na tym etapie obie strony nie popełniły błędu miscalculation and misunderstanding, co już obecnie z powodu dużego napięcia może skończyć się tragedią z powodu nieoczekiwanego i nieadekwatnego do intencji i do sytuacji wybuchu wojny. Po prawdzie obie strony boją się właśnie niepotrzebnego, bo zbyt wczesnego wybuchu konfliktu zbrojnego. Innymi słowy Xi w istocie mówił do waszyngtońskich decydentów: „OK, jak i wy, wiemy, że będziemy się bić, ale jeśli już to nastąpi, to niechaj się to stanie z jakiegoś istotnego, poważnego powodu. Do tego momentu możemy współpracować na wielu poziomach ze sobą, a nuż się uda i wspólnie doczekamy chwili i tak się ułożymy, że jednak wojna nie będzie potrzebna.”9 Jednak Waszyngton wie, że jest to dezinformacyjna gra chińska. Pekin potrzebuje po prostu jeszcze trochę czasu, tak, aby w nieodległej przyszłości Xi za Stalinem, mógłby użyć jego słów z 3 lipca 1941 roku: “Co wygraliśmy, zawierając z Niemcami pakt o nieagresji? Zapewniliśmy naszemu krajowi półtora roku pokoju i możliwość przygotowania swych sił do stawienia oporu na wypadek, gdyby faszystowskie Niemcy zaryzykowały wbrew paktowi napaść na nasz kraj. Jest to wyraźny zysk dla nas i starta dla faszystowskich Niemiec.” Waszyngton nie chce popełnić błędu Hitlera i pomimo pięknie brzmiących deklaracji o ogromnej wadze wzajemnych relacji, dąży do zwarcia. Amerykanie chcą uderzyć wczesną wiosną 1941 roku, a nie – latem. Bezsprzecznie status quo relacji jankesko – chińskich można obecnie nazwać „zbrojnym pokojem.” Słowa Obamy, które w głębokiej ciszy i napięciu wybrzmiały w Sali Zgromadzenia Ogólnego ONZ trzy dni po spotkaniu z Xi,10 zrozumiano właściwie w Pekinie i w Moskwie: „Nigdy nie zawaham się użyć wojsk w obronie swojego kraju czy sojuszników unilateralnie i wtedy, kiedy będzie to konieczne.” Chińskie przysłowie mówi, że „Okazja puka do drzwi tylko raz.” Tą okazją – w optyce Królestwa Środka – była propozycja chińska. W Białym Domu nikomu nawet nie przyszło na myśl, aby otworzyć jej drzwi i wpuścić ją za próg.

Powiśle, 6 października 2015 r.