[TEKST] Nuda w „Byłym Obwodzie Polskim”

Komentowanie spraw wewnątrzpolskich to mało zajmująca czynność, jednak warto zwrócić uwagę na wrzuty Kornela M. dotyczące Rosji, warto zwrócić uwagę na podróże Czaputowicza i Szatkowskiego, pozwy Roberta Greya ukraińskiego Żyda, amerykańskiego agenta na stanowisku wiceministra spraw zagranicznych w alejach Szucha (kto go jeszcze pamięta..? teraz mamy Jonny’ego Danielsa na tapecie), który niedawno skierował sprawę do sądu przeciw pewnemu księdzu za mówienie o Greyu prawdy. Mówię także o Lejbie Fogelmanie, żydowskim księciu z bajki. Ale jednak to wsio są michałki, takie decorum naszego upadku.

Kilka słów poświęcam nazistowskiej w treści ustawie o narodowym państwie Izrael uchwalonej przez Kneset 19 lipca, o wizycie Orbana w Moskwie i Jerozolimie; Orban to taki lepszy Kaczyński Jarosław; Węgrzy mają przerąbane na maksa, ponieważ zdecydowana większość z nich – z masą Polaczków – ma Orbana za zbawcę narodu węgierskiego, poważnego gracza, a tymczasem jest to zwyczajny szabesgoj, który jedzie na pasku żydowskim w sposób żenujący. I wpuszcza Eskimosów do grupy wyszehradzkiej na miękko, polecam obejrzeć relacje z jego dwudniowej wizyty w Jerozolimie… Ach, tak. Iran. Iran nam teraz grzeją. Pompeo, Departament Stanu mówią o wolności, demokracji, swobodach religijnych, jakie to wszystko ładne i piękne… Mnóstwo, mnóstwo rzeczy opisanych będzie w książce „Czarne”.

Zadajcie sobie pytanie, czego wy właściwie chcecie od siebie samych, od swojego kraju, narodu? Być czy wydawać się? Czy chcemy za darmo zejść do podziemi, czy będziemy w stanie jeszcze tuż u wrót Hadesu wyrwać z uścisku oprawcy prowadzącego nas do Otchłani swoją dłoń i chwycimy nóż, i przetniemy mu tchawicę, uwalniając się jednocześnie od dwóch osób: samego siebie, bo zwyciężymy strach i oportunizm oraz od zewnętrznego stręczyciela naszej zagłady, stręczyciela śpiączki, letargu i upodlenia… Czy damy radę uwolnić się od państw „zewnętrznych” i „wewnętrznych”?

+++

Churchill do Roosevelta i Stalina w Teheranie 29 listopada 1943 r.:

„Przyszła pora naszych żniw. Obecnie nastał czas, aby zapłacono za te żniwa, jeśli uważamy to za celowe.”

„Były Obwód Polski”, jak to trafnie nazwał Polin Ribbentrop w październiku 1939 r., to obecnie rezerwat nawet nie dla Szoszonów, Czejenów Europy, czyli dla polskiego bydła, ile docelowo obszar ten staje się cepelią, na którym funkcjonować będą podrobione masy, przekonwertowane, wespół z ciapatymi i banderowcami (bo przecież trzeba będzie tym rządzić i dzielić), zapodawać się będzie tradycyjnie im lewe podpuchy, by nimi napędzały swoje emocje i na tym skupiały uwagę, a tymczasem nad ich głowami będą przewalały się duże dile, układy, przewalały się sztormy i burze, ale bez świadomego, podmiotowego udziału bydła środkowoeuropejskiego, tego przedmiotu w grze wielkich, a który to przedmiot będzie za wszystko płacił swoją krwią i majątkiem. Nikt nas o żadne zdanie nie będzie pytał. Resztki, promile wątpiących i czytających, analizujących inaczej niż kominternowska oficjalna wersja, wymilczy się, zagada „niepoprawnymi i niezależnymi, prawicowymi, patriotycznymi publicystami- inaczej zwanymi: kurwa ich jebana mać”, a kiedy ktoś tu zacznie za mocno szurać z wątpliwościami psującymi wszystkim nastrój, to zaklepie się ten niepotrzebny dla wielu smród nakładką demokracji, antyfaszyzmu, zarzutami o agenturalność lub innym badziewiem; w sumie, jak widać, nawet to jest potrzebne „elitom”, te resztki trzeźwego głosu, po to przynajmniej, by wykorzystywać to w manipulacjach korzystnych dla władzy, systemu, państw „zewnętrznych” i „wewnętrznych”. Po prawdzie to bardzo proste i w sytuacji konfrontacyjnej wszystko sprowadza się do konkretu, nieskomplikowanych słów…

Oto kilka próbek. W Jałcie na koniec posiedzenia 6 lutego 1945 r. „Roosevelt oświadcza, że kwestia polska w ciągu pięciu wieków przyprawiała świat o ból głowy.

Churchill mówi, że trzeba się postarać o to, aby kwestia polska więcej nie przyprawiała ludzkości o ból głowy.

Stalin odpowiada, że należy to koniecznie uczynić…”

A ta prostytutka-demokracja? Te żydowskie, antyludzkie, antychrześcijańskie rzygowiny, które siorbiecie rano i wieczorem, mając je za życiodajną mannę? Hm. Posłuchajmy bandytów w Jałcie, zwłaszcza Roosevelta i Churchilla, demokratów naszych. Stalin przynajmniej jest tam uczciwy i jest po prostu sobą… Proszę o lekturę poniższej relacji ze świadomością, że nic się nie zmieniło, w podstawowych kwestiach jest bez zmian; tak właśnie nas rozgrywali, rozgrywają i niedługo będą nas rozgrywać:

Posiedzenie 9 lutego 1945 r. : „Roosevelt chciałby przypomnieć, że w USA jest sześć milionów Polaków. W stosunku do nich trzeba zrobić jakiś gest, umacniający w nich przekonanie, że wybory w Polsce będą sprawiedliwe i wolne. (…) Stalin zaznacza, że wszystkie niefaszystowskie i antyfaszystowskie strony będą miały równe możliwości. Churchill mówi, że nie uważa on za zupełnie słuszne przeprowadzenie podziału według linii: faszystowski i niefaszystowski. Woli on termin: „DEMOKRACJI”.

Stalin mówi, że leży przed nim projekt deklaracji o wyzwolonej Europie, przedstawiony przez delegację amerykańską. W projekcie tym jest zdanie: „Zaprowadzenie porządku w Europie i przebudowa narodowego życia gospodarczego powinny być osiągnięte sposobami, które pozwolą narodom wyzwolonym na zniszczenie ostatnich śladów narodowego socjalizmu i faszyzmu oraz utworzenia instytucji demokratycznych przez nich samych wybranych.” Święte słowa. Tu widać różnice pomiędzy faszyzmem i antyfaszyzmem i między nimi nie może być jedności.

Churchill potwierdza, że takiej jedności nie powinno być i nie będzie. (…)

Roosevelt chciałby, aby wybory w Polsce, podobnie do małżonki Cezara, były poza podejrzeniami.

Stalin zaznacza, że o żonie Cezara tak tylko mówiono. W rzeczywistości miała ona pewne grzeszki.

Roosevelt mówi, że wybory w Polsce powinny być zupełnie „czyste”, tak czyste, aby przez nikogo nie mogły być kwestionowane i aby sami Polacy – ludzie bardzo zapalczywi – mogli przyjąć wyniki wyborów bez jakichkolwiek zastrzeżeń.”

Dwa dni wcześniej Roosevelt mówił do swoich kolegów jałtańskich: „On, Roosevelt najbardziej interesuje się sprawą rządu polskiego. Dla niego nie tyle jest ważna ta lub inna granica Polski. Nie interesuje go legalność czy ciągłość rządu polskiego, albowiem wiadomo, że w Polsce w ciągu szeregu lat nie było w ogóle żadnego rządu. Uważa on jednak, że Stany Zjednoczone Ameryki, Związek Sowiecki i Zjednoczone Królestwo mogłyby dopomóc Polakom w utworzeniu rządu tymczasowego do tego czasu, dopóki nie okaże się możliwe przeprowadzenie wolnych wyborów w kraju. Należy zrobić w tej dziedzinie coś nowego, coś takiego, co byłoby podobne do strugi świeżego powietrza w tej ciemnej kwestii.”

W Teheranie, 29 listopada 1943 r., podczas drugiej rozmowy w cztery oczy ze Stalinem Roosevelt zaczyna od razu od głównego tematu – czyli „problemu przyszłej struktury świata”, próbując jednocześnie wciągnąć Sowiety do wojny z Japonią, co mu – z racji czujności Stalina – nie wychodzi, przechodzi do ułożenia się całościowo z Sowietami, a co byłoby oparte na nowej architekturze bezpieczeństwa. „Stalin pyta, czy propozycja ta dotyczy organizacji europejskiej, czy też światowej?

Roosevelt odpowiada, „że powinna to być organizacja światowa.” Następnie prezydent USA wyjawia, że przyszła ONZ oprócz komitetu wykonawczego będzie posiadała: „Komitet policyjny (a to dobre, lubię tę szczerość, gudłaj ma na myśli przyszłą Radę Bezpieczeństwa – przyp.mój), to jest komitet krajów, które czuwałyby nad zachowaniem pokoju (czyli bipolarnego porządku jankesko-sowieckiego- przyp.mój) i nad tym, aby nie dopuścić do nowych agresji ze strony Niemiec i Japonii (czytaj: czuwać nad niewyłonieniem się nowego silnego podmiotu zagrażającego układowi światowemu, hegemonii sowiecko-amerykańskiej, obecnie – amerykańskiej -przyp.mój).

Stalin zauważa, że będzie to zatem organ, który zmusza do posłuszeństwa.”

No i teraz nasz demokrata amerykański jedzie równo, ukazując swoją prawdziwą gudłajską mordę i pogardę dla wszystkich innych narodów i wszelkich praw. Nasz miłośnik pokoju i demokracji odpowiada, uwaga:

„On, Roosevelt, chciałby uniknąć błędów przeszłości i dlatego sądzi, że byłoby korzystne stworzenie, po pierwsze – komitetu policyjnego, składającego się z czterech państw (w zamyśle cwanego gudłaja-kalekiego proroka, w jego skład wchodziłyby: Sowiety, Wielka Brytania – zwasalizowana przez Amerykę, USA oraz Chiny, ale Chiny Czang Kaj-Szeka, jadące na pasku Stanów Zjednoczonych – przyp.mój), po drugie – komitetu wykonawczego, który będzie zajmować się wszystkimi problemami, prócz wojskowych, po trzecie – ogólnego organu, w którym każde państwo będzie mogło mówić, ile chce (jak ja lubię tych lucyferiańskich gudłajów-przyp.mój), i gdzie małe państwa będą mogły wyrazić swój pogląd.”

Stalin, jak zawsze czujny jest, więc: „pyta, czy w przypadku utworzenia organizacji światowej, którą proponuje Roosevelt, Amerykanie mieliby wysyłać swoje wojska do Europy?

Roosevelt mówi, że niekoniecznie. W wypadku, gdyby zaszła konieczność użycia siły przeciwko ewentualnej agresji (czyli przeciw państwu, które zaczęłoby w jakikolwiek sposób kwestionować narzucony porządek-przyp.mój), Stany Zjednoczone mogłyby przekazać do dyspozycji swoje samoloty i okręty, zaś Anglia i Rosja miałyby obowiązek użycia swoich wojsk w Europie. Są dwie metody użycia sił przeciwko agresji (tj.przeciwko komukolwiek, kto chciałby naruszyć hegemoniczny układ, posłuchajmy, co to proponuje nasza ikona demokracji, kaleki żydowski prorok, posłuchajmy, bo to mowa do każdego z nas, zwłaszcza do Ciebie, czytelniku. Roosevelt tam, wtedy w rozmowie w cztery oczy ze Stalinem w Teheranie wyjaśnia Ci , jakie mamy szanse na wyrwanie się z dołu zależności – przyp.mój).

O ile zaistnieje groźba rewolucji lub agresji, bądź też inne niebezpieczeństwo (ot, choćby antysemityzm, terroryzm, homofobia, naruszanie „praw mniejszości seksualnych”, „praw kobiet”, nienawiść wobec nachodźców, rodząca się świadomość narodowa, wrogi stosunek wobec bezpieczeństwa Izraela etc. Etc. – przyp. mój) zagrażające pokojowi, wówczas państwo, którego to dotyczy, może być poddane kwarantannie w tym celu, aby rozgorzały płomień nie rozszerzył się na inne obszary,

Druga metoda (oho, to lubię, kiedy Żyd odkrywa się, buziulkę swoją pokazuje, kiedy szpanuje, że jest bardziej bezwzględny od Stalina; Stalin musiał tego słuchać z lekka oniemiały i z tą swoją sfinksową miną – przyp.mój) polega na tym, że cztery narody, tworzące komitet, mogą postawić danemu państwu ultimatum, aby zaprzestało działań zagrażających pokojowi, zaznaczając, że w przeciwnym wypadku państwo to zostanie zbombardowane lub nawet okupowane.”

+++

Z tych rozmów wyłania się cały cyniczny prymitywizm i miałkość współczesnych elitek. Czyste pragmatyczne złodziejstwo i bandytyzm. Kiedyś przynajmniej forma była jakoś zachowywana, bardziej bowiem dbano o pozory, ale przed dobrym okiem i świetnym piórem, nic nie może się ukryć.

Kiedy w 1838 r. zmarł Talleyrand, mając osiemdziesiąt cztery lata, były ksiądz i biskup, wnioskodawca sekularyzacji dóbr kościelnych, ekskomunikowany zresztą, który wybrał następnie karierę dyplomaty i ministra na usługach wszystkich rządów od rewolucji francuskiej po Ludwika Filipa, książę Benewentu, skreślił wtedy o nim kilka słów Chateaubriand (kto nie czytał Chateaubrianda, niewiele wie o literaturze); fragment ten, opisujący w istocie archetyp polityka w ogóle, proszę czytać, nie tylko odnosząc jego treść do współczesnych „liderów światowych”, synów lucyferka i w ogólności do naszych czasów, ale także odnosząc do „polityczków” z „byłego Obwodu Polskiego” z przeszłości i teraźniejszości, a także odnosząc do samych siebie:

„Próżność zwiodła p. de Talleyrand; graną rolę uznał za swój geniusz; uważał się za proroka, we wszystkim się myląc: jego autorytet był żaden w materii przyszłości; nie potrafi przewidywać, widział tylko przeszłość. Ponieważ brakło mu ostrości oka i światła sumienia, nic nie wydawało mu się inteligencją wyższego rzędu, niczego nie oceniał jako prawość. Wyciągał korzyści z przypadków losu, kiedy te przypadki, zawsze nieprzewidziane, pojawiały się na jego drodze, ale tylko dla siebie. Nie znał ambicji rozleglej, która sprawia, że pomyślność interesu publicznego najlepiej sprzyja interesom prywatnym. Talleyrand nie należy więc do klasy istot zdolnych stać się postaciami mitycznymi, wzbogaconymi stale o rozmaite fantazje, choćby płynące z zafałszowań czy rozczarowań. Niemniej jest pewne, że odmienne odczucia, z różnych powodów ze sobą zgodne, przyczyniają się do uformowania zmyślonego Talleyranda.

Przede wszystkim królowie, gabinety, dawni ministrowie cudzoziemscy, ambasadorowie, oszukani kiedyś przez tego człowieka, a niezdolni go przeniknąć, usiłują dowieść, że byli posłuszni prawdziwe wielkości: kłaniali się kuchcikowi Bonapartego.

Z kolei przedstawiciele starej arystokracji francuskiej, z Talleyrandem związani, są dumni, że mają wśród siebie człowieka, który był łaskaw zapewnić ich o swych przewagach.

Rewolucjoniści wreszcie i zdeprawowana młodzież, choć kpią sobie z wielkich nazwisk, mając cichą skłonność do arystokracji: ci szczególni neofici chętnie przyjęliby jej błogosławieństwo i nauczyli się od niej dobrych manier. Jednocześnie podwójne odszczepieństwo księcia na inny sposób dogadza próżności młodych demokratów: bo też wywodzą stad, że są po dobrej stronie, i że szlachcic i ksiądz jednako zasługują na pogardę.

Jakiekolwiek jednak przeszkody stawia się światłu, to przecież Talleyrand nie jest człowiekiem takiego formatu, żeby złuda trwała długo; kłamstwa nie przydadzą mu statury. Widziano go z nazbyt bliska; nie przetrwa, bo jego życie nie łączy się z ideą narodową, którą by po sobie zostawił ani ze sławnym czynem, ani z niezrównanym talentem, ani pożytecznym odkryciem czy epokowym pomysłem. Istnienie przez cnotę jest mu wzbronione; nawet niebezpieczeństwa nie uhonorowały jego życia; czasy Terroru spędził poza krajem i wrócił dopiero wtedy, gdy forum zmieniło się w przedpokój.

Powiadano, że Talleyrand był bieglejszy w polityce od Napoleona: otóż trzeba pamiętać, że jest się tylko sługą trzymając w ręce tekę, do której zdobywca wkłada każdego ranka zwycięski biuletyn zmieniający geografię państw. Napoleon w upojeniu swoim popełniał wielkie błędy, wszystkim rzucające się w oczy: Talleyrand prawdopodobnie je widział, tak samo jak inii; nie świadczy to jednak o jakiejkolwiek przenikliwości. (…)

Niepodobna uznać za niezwykłego aktora całkowicie pozbawionego środków urzekających widownię; toteż życie księcia Benewentu niosło mu ciągle rozczarowanie. Wiedząc, czego mu brak, nikomu nie dal się bliżej poznać; wymykał się ocenom; krył się za milczeniem; ucieczką mu były trzy nieme godziny spędzone przy wiście. Zdumiewano się, że człowiek takich zdolności zniża się do pospolitych rozrywek: kto wie, czy nie obmyślał podziału państw, gdy ręka układała cztery walety? Podczas karcianych sztuczek przygotowywał sobie efektowne słówko, do którego natchnieniem była mu broszura poranna czy rozmowa wieczorna. Jeśli brał was na stronę, by zaszczycić chwilką rozmowy i sobie zjednać, sypał pochwałami, nazywał was nadzieją przyszłości, przepowiadał wspaniały los, wystawiał wam weksel wielkiego człowieka płatny na okaziciela; lecz jeśli wasza wiara w niego była choć trochę niepewna, jeśli zauważył, że nie dość okazujecie podziwu dla frazesów z pretensjami do głębi, z którymi nic się nie kryło, odchodził w obawie, że zobaczycie, jak krótki jest jego dowcip. Wszystko szło dobrze, póki miał do czynienia z podwładnym, z głupcem, którym zabawiał się bezpiecznie, z ofiarą od siebie zależną, celem kpin. Nie potrafił prowadzić poważnej rozmowy; kiedy po raz trzeci otwierał usta, żadnej już w nim nie było myśli.

Na dawnych rycinach ksiądz Talleyrand przedstawia się pięknie; ale starzejąc się nabrał trupiego wyglądu: z mrocznych oczu niewiele można było wyczytać, co bardzo mu dogadzało; opuszczone kąciki ust zdradzały pogardę, którą odwzajemniał, zaznawszy jej wiele.

Formy, które zawdzięczał swemu urodzeniu, rygorystyczne przestrzeganie konwenansów, pogardliwy i zimy wyraz stworzyły łudzącą atmosferę wokół księcia Benewentu. Jego maniery wywierały wielkie wrażenie na prostaczkach i ludziach nowych, nie znających dawnego towarzystwa. Ongi na każdym kroku można było spotkać osoby o wzięciu podobnym do jego wnętrza i nie zwracano na to uwagi, ale gdy pozostał niemal sam, a obyczaj był już demokratyczny, zdawał się fenomenem: ulegając sposobowi bycia ministra, a szanując miłość własną, inteligencji jego przypisywano przewagi, które dawało mu wychowanie.

Kiedy zajmując wysokie stanowisko uczestniczymy w niezwykłych przemianach, przydają nam one znaczenia, które prostak weźmie za naszą własną zasługę; słońce Bonapartego zepchnęło Talleyranda w cień; z Restauracji zabłysnął cudzym światłem. Przypadek pozwolił mu przywłaszczyć sobie chwalę obalenia Napoleona i honor oddania tronu Ludwikowi XVIII; czy ja sam nie byłem równie głupi jak wszyscy gapie, by uwierzyć w tę bajkę! (…)

Bezstronni głupcy mówią: „Zgoda, to człowiek niemoralny, ale jakie zdolności!” Niestety, nie. Trzeba się wyzbyć i tej nadziei, tak pocieszycielskiej dla jego entuzjastów, tak upragnionej dla jego pamięci: z p. de Talleyrand nie sposób zrobić demona. (…)

Leniwy i niewykształcony, frywolny i niestałego serca, książę Benewentu chlubił się tym, co powinno było być upokorzeniem dla jego dumy: zostawał, gdy państwa padały. Znikają ludzie wybitni, których dziełem są rewolucje; ludzie drugorzędni korzystają z tego i trwają. Ci spryciarze z przyszłością patrzą na przemijanie tamtych, kładą wizy na paszporty, poświadczają wydane wyroki. Talleyrand należał do tego pośledniego gatunku: sygnował wydarzenia, ale ich nie tworzył.

(…) Zdradzał wszystkie rządy i, powtarzam, ani nic nie ustanowił, ani nie obalił żadnego. Nie było w nim prawdziwej wyższości w autentycznym rozumieniu słów. Banalna pomyślność, tak częsta w życiu arystokraty, nie prowadzi ani o dwie pędzi poza grób. Zło, które nie działa ze straszliwym wybuchem, zło, którym roztropnie posługuje się niewolnik dla korzyści pana, to zwykle bezeceństwo. Lokajstwem jest przywara schlebiająca zbrodni. Wyobraźmy sobie p. de Talleyrand jako biednego i nieznanego nikomu plebejusza, który niemoralność dopełnia salonowym obyciem: kto wiedziałby o nim? Z czym zostałby, gdyby nie był upodlonym wielkim panem, żonatym księdzem, wyklętym biskupem? Ta potrójna hańba jest źródłem jego rozgłosu i sukcesów.

(…)Talleyrand od dawna wzywany przed trybunał niebieski, został skazany zaocznie; śmierć szukająca go w imieniu Boga wreszcie go znalazła. Żeby zanalizować dokładnie życie tak bardzo skażone, jak życie La Fayette’a było czyste, trzeba by zbyt wiele pokonać niesmaku, do czego nie jestem zdolny. Ludzie zdeprawowani przywodzą na myśl trupy prostytutek: są one tak bardzo pokryte wrzodami, że nie mogą nawet służyć do sekcji. Rewolucja francuska przyniosła zniszczenie polityczne staremu światu: miejmy się na baczności przed nieporównanie bardziej zgubnym zniszczeniem moralnym, które wypływa ze złych stron tej rewolucji. Co stałoby się z rodzajem ludzkim, gdyby usiłowano przywrócić dobre imię obyczajom słusznie potępionym, gdyby ofiarowano naszemu entuzjazmowi ohydne wzory, gdyby ukazano nam postęp wieku, wolność, głębię geniuszu w naturach odrażających czy w okrutnych czynach? Nie ważąc się głosić zła pod jego prawdziwym imieniem, maskuje się zło; nie bierzcie tego szelmy za ducha ciemności, to anioł światła! Każda szpetota jest piękna, każda hańba zaszczytna, każda potworność wzniosła; na wszelką przywarę czeka podziw. Wróciliśmy do materialnego społeczeństwa pogańskiego, gdzie każde zepsucie miało swój ołtarz. Precz z chwalbami, podłymi, kłamliwymi, zbrodniczymi, które wypaczają sumienie publiczne, znieprawiają młodzież, zniechęcają ludzi przyzwoitych, są obrazą dla cnoty, plwociną żołnierza rzymskiego na twarzy Chrystusa!”

+++

A poza tym sądzę, że Jeruzalem musi być wyzwolona.

+++

4 sierpnia 2018 r.; Targówek-Szmulki

Nuda w 'Byłym Obwodzie Polskim'